Przyszłość Afganistanu rozstrzygnie się w czwartek

W którą stronę pójdzie Afganistan?
W którą stronę pójdzie Afganistan? Archiwum A.Pawlik
Na kilkadziesiąt godzin przed rozpoczęciem obrad Loya Jirgi jesienny Kabul drży w napięciu. Rząd ogłosił, że wszystkie urzędy będą zamknięte do przyszłego poniedziałku z obawy przed zamachami terrorystycznymi, a większość organizacji pozarządowych postąpiła tak samo. Część dróg dojazdowych do centrum miasta została zablokowana, przed jedynym bankomatem w okolicy ustawiła się nerwowa kolejka, a zagraniczni pracownicy organizacji pomocowych zrobili większe niż zwykle zakupy żywności w przygotowaniu na „lock down”. Loya Jirga będzie w czwartek decydować o przyszłości Afganistanu. I nie są to wybory prezydenckie czy parlamentarne, ale głosowanie dotyczące przyjęcia, bądź odrzucenia Bilateral Security Agreement pomiędzy Afganistanem a USA czyli traktatu dwustronnego mówiącego o obecności wojsk Amerykańskich po tym gdy obecne porozumienie wygaśnie z końcem 2014 roku.

To właśnie Loya Jirga czyli Wielkie Zgromadzenie, rada składająca się z około 2500 przedstawicieli starszyzny z wszystkich grup etnicznych Afganistanu podejmie decyzję czy Amerykanie będą dalej związani militarnie z Afganistanem. Czy to „wyjście Amerykanów z Afganistanu”, którego bardziej liberalna część mieszkańców się boi, a część wspierająca Talibów nie może się doczekać, stanie się faktem. Talibowie natomiast zapowiedzieli, że każdy kto weźmie udział w Jirdze zostanie zabity. A jednak 18tego listopada anglojęzyczny dziennik Daily Outlook Afghanistan poinformował, że już pięciuset delegatów przyjechało do Kabulu – był to news z pierwszej strony. Czy to znaczy, że Talibowie/terroryści/militarne grupy mające swoje interesy w Afganistanie nie będą w stanie zastraszyć przedstawicieli starszyzny? A może to przedwczesny optymizm? Zwłaszcza, że w zeszłą sobotę, dwie godziny po tym gdy prezydent Hamid Karzai zaproponował by „konserwatyści” wzięli udział Jirdze wybuchł samochód-bomba zabijając co najmniej dziesięć osób, a raniąc ponad 20. Było to więc stanowcze „nie”.


Rozmawiam z Alim, Turkmenem-Hazarą o uśmiechniętych oczach które nazwalibyśmy skośnymi, pracującym dla jednego z dużych międzynarodowych NGOsów i Ali mówi mi, że zwykli ludzie myślą, że to Amerykanie sami powodują przemoc i organizują ataki, żeby Afgańczycy bali się niby-Talibów i żeby rząd podpisał traktat. Oburza się, że czasami nie ma sposobu, żeby przetłumaczyć, że taka teoria spiskowa nie ma sensu. Ali ma nadzieje, że w końcu podpiszą traktat i że Afganistan będzie miał szansę na długotrwały pokój. Z tym, że on nie ma na co innego liczyć, powrót Talibów – cokolwiek to miałby oznaczać – nie wróżyłby nic dobrego.

Nie czytałam tekstu traktatu, ale wiem z mediów, że najbardziej sporną kwestią pomiędzy Sekretarzem Stanu Johnem Kerrym oraz Prezydentem Hamidem Karzaiem było to, kto będzie sądził amerykańskich żołnierzy jeżeli popełnią przestępstwo w Afganistanie. Kerry obstaje przy tym, że Amerykanie muszą mieć zapewniony sąd w US, Karzai upierał się, że nie może zgodzić się na to, żeby Amerykanie byli wyjęci spod afgańskiego prawa. Kwestia szczególnie istotna jeżeli weźmiemy pod uwagę amerykańskie operacje w których „niechcący” giną cywile. W końcu Karzai stwierdził, ze ostateczną decyzję podejmie Loya Jirga, czyli właśnie to zgromadzenie, które zbiera się w czwartek w Kabulu.

Ali skomentował to mówiąc, że najgorsze jest to, że teraz do dyskusji w dyskursie publicznym dołączył czynnik religijny, że niby jest to niezgodne z islamem jeżeli amerykańscy żołnierze nie będą sądzeni w Afganistanie. Powiedział, że „dokładnie tak samo stało się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy Sowieci wyszli z Afganistanu, został włączony do dyskusji argument o zgodności decyzji politycznych z islamem i kraj został zniszczony”. Czy zatem w rękach Loya Jirgi, która może zaakceptować kontrowersyjny traktat leży możliwość przerwania tego cyklu, którym jakiś czas temu tak ekscytowały się zachodnie media, że tak jak Brytyjczycy podczas wojen afgańskich, jak Sowieci w latach osiemdziesiątych, tak teraz Amerykanie będą kolejnym imperium które zostanie pogrzebane przez to, ze rozpoczęło wojnę w Afganistanie? Tylko co to znaczy pogrzebane w tym przypadku? I kto tak naprawdę zostałby pogrzebany gdyby zaczęła się kolejna wojna domowa w Afganistanie? I czy „opcja zero” czyli to, że Amerykanie wycofują wszystkich swoich żołnierzy naprawdę oznacza wojnę domową?

Reuters sugeruje, że Loya Jirga zagłosuje za traktatem, jeżeli tylko Prezydent Karzai tego chce. Osobiście nie wiem czego chce Prezydent Karzai, ale wiem czego ja chcę – chcę żeby to co zostało osiągnięte w Afganistanie przez ostatnie dziesięciolecie nie zostało zniszczone przez kolejną wojnę. Jeżeli ten traktat miałby gwarantować względny spokój, to Loya Jirgo – nie zawiedź mnie. Ale. W Afganistanie zawsze jest „ale”. Sęk w tym, że jeżeli Amerykanie zostaną w Afganistanie, to nie oznacza to końca walk, nie oznacza że Talibowie powiedzą „no dobra chłopaki, to skoro wy zostajecie to my zajmiemy się uprawą mango”. Nie mam ani wiedzy, ani magicznej kuli żeby przewidzieć co wydarzy się dalej. Po prostu popijam afgański czaj siedząc przy moim stole w Kabulu i mam szczerą nadzieję, że wszystko jakoś będzie dobrze. Inshallah.
Trwa ładowanie komentarzy...